Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 655: Hamnet
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Ekranizacja książki Maggie O'Farrell i jednocześnie jeden z poważniejszych tegorocznych pretendentów oscarowych. To historia rodzinna Williama Szekspira, w której, ten jeszcze nie słynny dramatopisarz, nie jest w centrum uwagi, bo ta skupia się bardziej na jego żonie Agnes.
Zaczynamy bardzo spokojnie i wręcz zachowawczo od poznania się przyszłych małżonków i ich wzajemnego przyciągania, pomimo dosyć nieprzychylnych reakcji otoczenia. Pod względem nastroju i atmosfery wchodzi się w ten film jak w masło. Tempo jest nieśpieszne i pozwala nam się przyjrzeć bliżej bohaterom przy ich codziennych perypetiach. To jedna z tych niby niepozornych produkcji, która się powoli podkrada do widza, żeby w pewnym momencie zrobić z niego emocjonalny przecier.
To oczywiście nie jest zarzut. Filmy mają nas poruszać i ten film robi to po mistrzowsku. Tak gdzieś w środku seansu i później pod koniec nie było suchej pary oczu na mojej sali. W końcu to historia o wielkiej tragedii i próbie poradzenia sobie z traumą na różne sposoby. Aktorzy wznoszą się na absolutne wyżyny, zwłaszcza Jessie Buckley w roli Agnes. Już zagarnęła za to trochę nagród i to na pewno nie koniec. Moje serce jednak skradł tytułowy Hamnet, czyli synek naszej pary. Trzeba obserwować wcielającego się w niego Jacobiego Jupe. Ten utalentowany niespełna trzynastolatek już prezentuje gamę emocji na miarę Anthony'ego Hopkinsa. Ciekawe co będzie dalej. Jest tu sporo surowych, pięknych i bardzo bolesnych scen, które działają pod każdym względem.
A jednak, po powrocie do domu, kiedy czar tego filmu nieco opadł, byłam w stanie nazwać pewne wrażenia, które nienachalnie, ale zauważalnie dały o sobie znać już w trakcie seansu. Niektóre piękne sceny są zbyt wystudiowane jak na mój gust, a chęć wywołania silnych emocji stoi czasami w sprzeczności z zachowaniem konsekwencji, zwłaszcza w sposobie prowadzenia postaci. Wydaje się jakby twórcy, czy też autorka książki mieli pomysł na piękny finał i dopiero potem dopisali do niego początek i rozwinięcie. Dla mnie są to dwa oddzielne byty, które osobno działają, ale nie sklejają się w spójną całość. A najbardziej widać to przy ukazaniu Agnes, która jest przecież główną protagonistką.
To nie zmienia faktu, że w trakcie oglądania film mnie pochłonął całkowicie i przeżyłam dużo emocji, na co bardzo liczyłam. Wydaje mi się po prostu, że przy drugim podejściu nie poszłoby mu już ze mną tek łatwo.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Chloe Zhao
Ocena: 7/10